Nigdy nie ukrywałam jak bardzo
uwielbiam Cobena, znam go już od tylu lat, że stał się stałym elementem mojego
życia. Wybaczałam mu każdą słabszą książkę, każdy tak bardzo kpiący z
czytelnika zwrot akcji, wybaczałam, gdy wykorzystywał moją naiwność i krzywdził
bohaterów, którym kibicowałam. Dziś też jestem zmuszona mu wybaczyć. Wybaczyć
to, że napisał tak rewelacyjną, nieprzewidywalną i wbijającą w fotel powieść i
zmusił mnie do uśmiechu nad własną niedomyślnością podczas czytania
zakończenia.
Maya Stern, zawodowy żołnierz w
stanie spoczynku w tragiczny dzień zostaje wdową i samotną matką. Mąż Mai pada
ofiarą napadu rabunkowego i ginie w równie straszny sposób jak przed laty jej
starsza siostra. Osamotniona Maya chcąc zwiększyć kontrolę nad bezpieczeństwem
swojej dwuletniej córki montuje w mieszkaniu ukrytą kamerę. Na jednym z nagrań
niespodziewanie dostrzega bawiącego się z dziewczynką mężczyznę. Zszokowana
rozpoznaje w nim swojego nieżyjącego już męża.